Kupno działającej firmy kusi, bo omija etap „start od zera”: jest klient, są przychody, często jest też zespół i ułożone procesy. Tyle że z perspektywy kupującego największym ryzykiem nie jest to, co widać w ofercie, tylko to, czego nie widać na pierwszy rzut oka: zaległe zobowiązania, niestabilne źródła przychodu, umowy, które kończą się jutro, zależność od jednej osoby, a czasem zwyczajnie kreatywna księgowość w kosztach i przychodach.
Due diligence to uporządkowane sprawdzenie firmy przed transakcją. Dobrze przeprowadzone daje trzy rzeczy: po pierwsze weryfikuje, czy biznes naprawdę działa tak, jak sprzedający opowiada. Po drugie ujawnia ryzyka, które potem negocjujesz ceną albo zapisami w umowie. Po trzecie pozwala zaplanować przejęcie i pierwsze 90 dni, żeby firma nie rozjechała się operacyjnie zaraz po zmianie właściciela.
„Kupuję firmę” może oznaczać różne konstrukcje: kupno udziałów/akcji (przejmujesz spółkę wraz z jej historią, zobowiązaniami i ryzykami) albo kupno aktywów / zorganizowanej części przedsiębiorstwa (często wybierane przy mniejszych podmiotach, bo pozwala odciąć część ryzyk). To nie jest wyłącznie temat dla prawnika. Od tej decyzji zależy, co musisz sprawdzić i jakie ryzyka przejmujesz z automatu.
Już na tym etapie warto spisać „zakres przejęcia” w prosty sposób: co wchodzi w transakcję, co zostaje u sprzedającego, jak wygląda przeniesienie klientów, domen, numerów telefonów, licencji, znaków towarowych, kont reklamowych, narzędzi, danych oraz praw do treści. Im bardziej cyfrowy biznes, tym częściej „firma” siedzi w dostępie do kont i w relacjach, a nie w sprzęcie.
Najgorszy wariant to negocjowanie ceny „na wiarę”, a dopiero potem odkrywanie, że dane były niepełne. Bezpieczniej jest zbudować listę materiałów do wglądu i trzymać się zasady: im bardziej transakcja ma sens, tym bardziej dane muszą być kompletne. Jeśli sprzedający nie chce pokazać podstawowych informacji, to też jest informacja.
Minimalny zestaw, o który zwykle prosisz:
W małych firmach wynik księgowy bywa słabym kompasem, bo właściciel często miesza wydatki firmowe i prywatne, rozlicza koszty nieregularnie albo optymalizuje podatkowo w sposób, który zniekształca obraz. Dlatego w due diligence finansowym interesują Cię trzy warstwy: stabilność przychodu, realne koszty prowadzenia oraz przepływy pieniężne.
W praktyce sprawdź:
Tu pomaga normalizacja: spisujesz koszty jednorazowe i prywatne, usuwasz je z obrazu, a potem dodajesz koszty, które realnie będziesz ponosić po przejęciu (np. Twoje wynagrodzenie, księgowość, marketing, narzędzia). To często zmienia ocenę atrakcyjności bardziej niż „mnożniki z internetu”.
W due diligence podatkowym nie chodzi o to, żeby znaleźć firmę „bez skazy”. Chodzi o to, żeby zrozumieć, gdzie mogą wyskoczyć zobowiązania po transakcji. W zależności od formy przejęcia, część ryzyk przejmujesz wprost, a część możesz ograniczać konstrukcją umowy i oświadczeniami sprzedającego.
Poza zaległościami zwróć uwagę na:
Największą miną bywają umowy, które w praktyce nie są przenoszalne albo wygasają przy zmianie właściciela. Dotyczy to zwłaszcza licencji, kontraktów B2B, najmu, a w biznesach online także kont reklamowych, marketplace’ów i narzędzi, które są „na osobę”.
Skup się na obszarach:
Nawet dobre finanse nie uratują transakcji, jeśli firma jest zależna od jednej osoby. Czasem właściciel jest „systemem”: zna klientów, ustala ceny, rozwiązuje konflikty, pamięta hasła, dopina płatności i wie, gdzie jest co zapisane. Wtedy kupujesz nie firmę, tylko potrzebę zatrudnienia sprzedającego na etat w trybie ratunkowym.
Sprawdź więc, jak wygląda realne działanie:
W firmach opartych o marketing, e-commerce czy usługi online musisz potraktować „dostępy” jak aktywo. Sprawdź, czy da się legalnie i technicznie przenieść domeny, hosting, pocztę, konta reklamowe, analytics, narzędzia SEO, CRM, automatyzacje, konta w marketplace, integracje płatności.
Warto też zrobić szybki przegląd ryzyk bezpieczeństwa: kto ma dostęp, czy są kopie zapasowe, czy jest procedura odzyskiwania kont, czy dane klientów są przetwarzane zgodnie z wymaganiami. Minimum, które chroni przed scenariuszem „kupiliśmy firmę, a potem straciliśmy dostęp do kluczowego konta”.
Największa wartość due diligence pojawia się w negocjacjach. Jeśli znalazłeś ryzyka, masz kilka narzędzi, żeby je przełożyć na warunki transakcji:
Wiele transakcji psuje się nie na etapie analizy, tylko na etapie przejęcia. Dlatego w due diligence dobrze jest od razu budować plan pierwszych 90 dni: które relacje z klientami zabezpieczasz, jakie procesy zostawiasz bez zmian, a co usprawniasz dopiero po ustabilizowaniu firmy.
Dobry plan na start jest konserwatywny: najpierw stabilność, potem optymalizacja. Jeśli w pierwszych tygodniach zaczniesz przebudowywać wszystko naraz, możesz stracić to, co kupiłeś: przewidywalny przychód i zaufanie klientów.
Zapoznaj się z ofertą świadczoną przez członków naszej grupy biznesowej, ponad 20 różnych firm i branż.