W firmie usługowej marża rzadko znika „nagle”. Najczęściej wyparowuje po cichu: dodatkowe poprawki, nieplanowane telefony, dorzutki „na szybko”, przestoje przez brak decyzji klienta, zbyt optymistyczna wycena, prace po godzinach, które nie trafiają do rozliczenia. Na koniec projekt jest dowieziony, klient zadowolony, a Ty masz wrażenie, że coś się nie spina. I często masz rację.
Kontrola marży nie musi oznaczać korporacyjnych procedur. W małej i średniej firmie da się to zrobić prosto: ustalić realny koszt godziny, zrozumieć narzuty, wprowadzić minimalny (ale sensowny) timesheet oraz raport, który raz w tygodniu pokazuje, czy projekt zarabia, czy zaczyna zjadać zysk. To jest system wczesnego ostrzegania. Jeśli działa, nie ratujesz marży „na finiszu”, tylko korygujesz kurs wtedy, kiedy jeszcze jest czas.
Dużo pracy nie oznacza dużego zysku. W usługach możesz być zajęty w 100%, a jednocześnie zarabiać słabiej niż wtedy, gdy masz mniej projektów, ale lepiej ułożony proces. Najczęstsze przyczyny ucieczki marży to:
Jeżeli chcesz kontrolować marżę, nie zaczynaj od „zaciskania pasa” czy presji na zespół. Zacznij od liczb i prostych zasad, które pozwalają prowadzić projekt w sposób przewidywalny. To zwykle daje dużo większy efekt niż próba „pracowania szybciej”.
„Koszt godziny” to nie jest tylko wynagrodzenie pracownika podzielone przez liczbę godzin w miesiącu. To jedna z najczęstszych pułapek. Realny koszt godziny powinien uwzględniać wszystko, co firma ponosi, żeby dana osoba mogła wykonywać usługę. W przeciwnym razie wyceny będą wyglądały dobrze na papierze, ale marża będzie znikała w praktyce.
Najprościej myśleć o tym tak: firma ma koszty bezpośrednie (związane z pracą) i koszty pośrednie (utrzymanie firmy). Żeby policzyć koszt godziny, musisz je połączyć w sposób, który ma sens dla Twojego modelu pracy.
Do kosztów bezpośrednich zwykle zaliczysz:
Do kosztów pośrednich zaliczysz m.in. biuro, media, księgowość, narzędzia firmowe, obsługę sprzedaży, administrację, koszty marketingu, a także czas „nieprodukcyjny”, którego nie da się uniknąć: spotkania wewnętrzne, organizacja pracy, onboarding, urlopy, chorobowe, przerwy technologiczne.
Jeżeli liczysz koszt godziny bez czasu nieprodukcyjnego, to tak, jakbyś zakładał, że każda godzina pracy w miesiącu jest sprzedawalna. W praktyce nigdy tak nie jest. Dlatego w usługach ważniejsze od samej kwoty kosztu jest to, jak liczysz liczbę godzin sprzedawalnych.
Przy wycenie i kontroli marży kluczowe jest pytanie: ile godzin danej osoby jesteś w stanie realnie sprzedać w miesiącu, utrzymując jakość i zdrowe tempo pracy. Jeśli przyjmiesz 160–168 godzin jako „sprzedawalne”, zrobisz sobie nieświadomie presję na pracę po godzinach albo zaczniesz dopłacać do projektów.
W praktyce godziny sprzedawalne to część czasu pracy. Reszta to administracja, komunikacja, rozwój, urlopy, krótkie przestoje, wewnętrzne ustalenia. Dla wielu firm usługowych sensownym punktem startowym jest przyjęcie, że sprzedawalne jest 60–75% czasu. Dokładna wartość zależy od branży i modelu pracy, ale sama zasada jest stała: nie wyceniaj tak, jakby firma była maszyną bez przerw.
Kiedy już ustalisz realną pulę godzin sprzedawalnych, koszt godziny robi się dużo bardziej prawdziwy. To z kolei daje Ci uczciwą bazę do ustalania cen i minimalnych progów opłacalności.
W małej firmie często negocjuje się od ceny „z głowy”, a potem dopiero wychodzi, że projekt jest na granicy opłacalności. Zamiast tego ustaw minimalną stawkę godzinową (albo minimalną marżę) dla danego typu pracy. Ta „podłoga” nie służy do straszenia klienta. Ona służy Tobie, żebyś nie podejmował decyzji w emocjach.
Prosty sposób myślenia:
Jeżeli Twoja branża działa projektowo (cena za efekt), to i tak warto mieć taką stawkę w tle. Ona pozwala sprawdzić, czy wycena projektu ma sens w przeliczeniu na realny nakład pracy.
Wiele osób nie lubi ewidencji czasu, bo kojarzy się z kontrolą i mikrozarządzaniem. Da się to zrobić inaczej, o ile jasno powiesz, po co to robisz: nie po to, żeby kogoś rozliczać „co do minuty”, tylko po to, żeby firma przestała tracić marżę przez niewidzialną pracę. Jeśli timesheet ma chronić zespół przed wiecznym dokładaniem „za darmo”, to ludzie szybciej widzą w nim sens.
Minimum, które wystarcza w większości projektów:
Jeśli timesheet jest zbyt szczegółowy, staje się kosztem sam w sobie. Jeśli jest zbyt ogólny, nie pokaże, gdzie ucieka czas. Dlatego w małej firmie lepiej zacząć od prostego modelu, a dopiero później doprecyzować kategorie tam, gdzie faktycznie brakuje informacji.
Kontrola marży działa wtedy, gdy wycena projektu nie jest tylko liczbą na fakturze, ale budżetem czasu, którym sterujesz. Nawet jeśli sprzedajesz „pakiet” lub efekt, możesz wewnętrznie rozpisać planowany czas na etapy. Dzięki temu wiesz, gdzie jesteś i czy projekt zaczyna się rozjeżdżać.
Dobrym nawykiem jest dzielenie projektu na kilka etapów, które mają sens biznesowy i komunikacyjny. Przykładowo: start i brief, wykonanie, poprawki, wdrożenie, domknięcie. Nie chodzi o to, żeby tworzyć idealny plan, tylko żeby mieć punkty kontrolne.
Najważniejsze jest to, żeby budżet zawierał również czas na komunikację i poprawki. Jeżeli budżetujesz tylko „produkcję”, a komunikacja ma być „w tle”, to później właśnie ona zjada marżę, a Ty jesteś zaskoczony, bo „przecież pracowaliśmy dużo”.
Nie potrzebujesz rozbudowanego systemu raportowego, żeby kontrolować marżę. Potrzebujesz jednego prostego zestawu sygnałów, które pokazują, czy projekt jest zdrowy. Raz w tygodniu (albo raz na etapie) sprawdzasz:
To nie jest raport dla raportu. To jest narzędzie decyzji. Jeśli widzisz, że poprawki rosną szybciej niż plan, masz kilka opcji: doprecyzować kryteria akceptacji, ograniczyć liczbę wariantów, wymusić zbieranie uwag w jednym miejscu, a czasem po prostu jasno powiedzieć, że kolejna runda jest dodatkowo płatna. Bez danych taki komunikat brzmi „bo tak”, a z danymi brzmi „bo projekt przekroczył uzgodniony budżet”.
W usługach poprawki są normalne. Nienormalne jest to, gdy nie mają granic. Jeśli chcesz kontrolować marżę, musisz mieć jasne zasady: ile rund poprawek jest w cenie, czym jest poprawka, a czym jest zmiana zakresu, oraz jak wygląda akceptacja etapów.
W praktyce działa zasada: poprawki to korekty w ramach ustalonego kierunku, a zmiana zakresu to zmiana celu, funkcji, formatu lub założeń. Jeżeli klient zmienia zdanie co do kierunku, to nie jest „kolejna poprawka”. To jest nowa decyzja projektowa, która kosztuje czas. Uporządkowanie tego języka jest jednym z najszybszych sposobów na ochronę marży bez pogarszania relacji.
Pomaga też technika „zamrażania etapów”. Jeśli etap jest zaakceptowany, to kolejne uwagi do niego traktujesz jako nowy zakres albo dodatkową pracę. W przeciwnym razie projekt nigdy się nie kończy, a zespół żyje w trybie ciągłych przeróbek.
Wiele firm próbuje kontrolować marżę wyłącznie wewnętrznie, a potem zderza się z tym, że głównym źródłem strat są decyzje klienta, brak informacji lub niejednoznaczne ustalenia. Dlatego częścią systemu marży musi być komunikacja:
To nie są „twarde zagrywki”. To są zasady, które chronią obie strony. Klient dostaje przewidywalność, a Ty nie bierzesz na siebie ryzyk, które nie wynikają z Twojej pracy.
Najgorszy moment na ratowanie marży to ostatnie 10% projektu, kiedy jesteś już zmęczony i chcesz to po prostu domknąć. Dlatego reaguj wcześniej. Jeśli widzisz, że projekt przekracza budżet czasu, wybierz jedną z kilku sensownych dróg:
Najważniejsze jest to, żeby te działania były częścią normalnego procesu, a nie „kłótnią o pieniądze”. Gdy masz dane z timesheetu i jasny budżet czasu, rozmowa z klientem jest łatwiejsza, bo opiera się na faktach.
Kontrola marży ma jeszcze jeden duży bonus: poprawia wyceny. Jeżeli zbierasz dane o tym, ile czasu naprawdę zajmują podobne zlecenia, przestajesz wyceniać „na czuja”. Po kilku miesiącach masz własną bazę: ile kosztuje typowa realizacja, ile czasu zjada komunikacja, ile poprawki, jakie ryzyka pojawiają się najczęściej. Dzięki temu Twoje wyceny są coraz bliższe prawdy, a negocjacje mniej stresujące.
Warto też po każdym większym projekcie zrobić krótką retrospektywę pod kątem marży: co było niedoszacowane, gdzie pojawiły się poprawki, jakie decyzje po stronie klienta spowodowały przestoje, co można było ustalić wcześniej. To nie musi być długie spotkanie. Chodzi o to, żeby firma uczyła się na danych, a nie powtarzała te same błędy.
Jeśli chcesz kontrolować marżę w firmie usługowej, nie zaczynaj od skomplikowanych narzędzi. Zacznij od czterech rzeczy: realnego kosztu godziny, rozsądnej puli godzin sprzedawalnych, prostego timesheetu oraz budżetu czasu na projekt z krótką, regularną kontrolą. Do tego dołóż jasne zasady poprawek i akceptacji. Taki system nie tylko chroni zysk. On zwykle poprawia też jakość współpracy z klientem, bo porządkuje komunikację i oczekiwania.
Marża w usługach to efekt wielu małych decyzji. Jeśli zaczniesz je podejmować na podstawie danych i jasnych reguł, przestaniesz „pracować więcej, żeby zarobić tyle samo”. Zamiast tego zaczniesz budować firmę, która rośnie w sposób przewidywalny i zdrowy.
Zapoznaj się z ofertą świadczoną przez członków naszej grupy biznesowej, ponad 20 różnych firm i branż.