Wycena małej firmy rzadko jest „matematyką z podręcznika”, a częściej rozmową o ryzyku, powtarzalności przychodu i tym, ile realnie zostaje w kieszeni po opłaceniu wszystkich kosztów. Dlatego dwa biznesy o podobnym obrocie mogą mieć kompletnie różną wartość: jeden stoi na stałych umowach i przewidywalnej marży, drugi „dowiezie miesiąc” tylko wtedy, gdy właściciel osobiście dopina sprzedaż i gasi pożary. Właśnie w tym miejscu powstaje większość nieporozumień między sprzedającym a kupującym.
Sprzedający często patrzy na firmę jak na lata pracy i potencjał, a kupujący jak na przyszły strumień gotówki i ryzyka. Da się to pogodzić, ale trzeba zejść z poziomu emocji na poziom metody: co liczymy, z jakich danych, jakie założenia są realistyczne i jak ryzyka wpływają na cenę lub konstrukcję transakcji.
Najczęściej wycena „nie klei się”, bo ktoś miesza trzy różne pojęcia: zysk księgowy, gotówkę oraz to, co właściciel realnie „wyciąga” z firmy (wynagrodzenie, prywatne koszty, leasing auta, telefon, paliwo). W małym biznesie to szczególnie ważne, bo księgowość bywa prowadzona pod optymalizację podatkową, a nie pod przejrzystą analizę inwestycyjną.
Zanim wybierzesz metodę, zrób krótką normalizację wyniku. Celem jest odpowiedź na pytanie: ile firma zarabia operacyjnie w sposób powtarzalny, gdy usuniesz jednorazowe zdarzenia i prywatne elementy właściciela.
Metody wyceny dzielą się na trzy rodziny: majątkowe (ile warte są aktywa), dochodowe (ile warte są przyszłe przepływy pieniężne) i porównawcze (ile płaci rynek za podobne firmy). W małych firmach zwykle i tak kończy się na miksie, bo żadna metoda sama nie daje pełnego obrazu.
Podejście majątkowe działa najlepiej tam, gdzie firma ma istotne aktywa: maszyny, nieruchomości, park sprzętowy, zapasy. To bywa sensowna dolna granica wartości, ale w usługach często wychodzi nisko, bo główne aktywo jest niematerialne: relacje, marka, know-how, procesy.
Podejście dochodowe (DCF lub uproszczone modele przepływów) jest najbliższe inwestycyjnemu myśleniu: płacisz dziś, żeby dostać jutro gotówkę. W małej firmie prognozy są mniej pewne, dlatego trzeba być uczciwym w założeniach i pracować na scenariuszach.
Podejście porównawcze opiera się na mnożnikach: np. ile razy roczny zysk, EBITDA lub SDE płaci się w danej branży. Jest praktyczne, ale zdradliwe, bo mnożnik jest „ceną za jakość”: im większa powtarzalność i niższe ryzyko, tym wyższy.
W małych biznesach (zwłaszcza jednoosobowych) popularny jest wskaźnik SDE, czyli Seller’s Discretionary Earnings. To w praktyce „zysk dla właściciela”: wynik operacyjny po normalizacji, z uwzględnieniem tego, co właściciel realnie pobierał z firmy. W większych spółkach częściej używa się EBITDA, bo łatwiej porównywać podmioty o różnych strukturach kosztów amortyzacji i finansowania.
Najważniejsza zasada: ustalcie wspólnie definicję podstawy. Jeśli jedna strona liczy „zysk netto z księgowości”, a druga „gotówkę po normalizacji”, będziecie mówić o dwóch różnych liczbach.
Wycena mnożnikowa wygląda prosto: wartość = wynik × mnożnik. Cała trudność to wybór mnożnika, bo on jest wypadkową ryzyka. Zamiast pytać „jaki mnożnik w branży?”, lepiej pytać: „co obniża lub podnosi pewność, że wynik się utrzyma po przejęciu?”.
To, co zwykle mnożnik podnosi:
To, co mnożnik obniża:
W negocjacjach pomaga myślenie przedziałem: „przy tych ryzykach mnożnik jest niższy, ale jeśli je zabezpieczymy w umowie, może rosnąć”. To zwykle lepsze niż wojna o jedną liczbę.
DCF to koncepcja prosta: prognozujesz przyszłe przepływy i przeliczasz je na wartość dzisiejszą, uwzględniając ryzyko. W małej firmie DCF jest wrażliwy na założenia, ale jako kontrola sensowności bywa bardzo przydatny.
Żeby DCF nie zamienił się w „cudowne wzrosty”, trzymaj się zasad:
Jeśli transakcja ma sens tylko w ambitnym scenariuszu, a w ostrożnym przestaje być opłacalna, to ryzyko jest wbudowane w cenę, a nie w strategię.
Jeśli kupujesz firmę ze sprzętem, maszynami, zapasami albo nieruchomością, policz wartość aktywów netto. W usługach może wyjść nisko, ale ma znaczenie jako „podłoga” negocjacyjna: jeśli wynik się posypie, co zostaje?
Uwaga: wartość księgowa sprzętu rzadko równa się wartości rynkowej. Liczy się realna cena odtworzenia lub sprzedaży.
„Potencjał” liczony jak pewnik. Potencjał ma znaczenie, ale sensowniej wiązać go z warunkami (earn-out), niż płacić za niego w całości z góry.
Mylenie obrotu z zyskiem. Wysoki obrót może być pułapką, jeśli marża jest niska i rośnie „w złym miejscu”. Wycena to wynik po normalizacji i jakość cashflow.
Brak jasności, co zawiera transakcja. Domena, baza klientów, licencje, konta, treści, znaki, dane i automatyzacje muszą być opisane. W biznesach online „własność dostępu” jest często kluczowa.
Ukryte koszty przejęcia. Zatrzymanie zespołu, uporządkowanie procesów, zaległości techniczne, reklamacje – to realny koszt pierwszych miesięcy, który powinien być uwzględniony w Twoim scenariuszu.
W małych firmach czasem ważniejsze od „idealnej ceny” jest to, jak ta cena jest płacona i od czego zależy. Jeśli ryzyka są duże, a firma ma potencjał, konstrukcja transakcji może zbliżyć strony.
Zapoznaj się z ofertą świadczoną przez członków naszej grupy biznesowej, ponad 20 różnych firm i branż.